Dziś
przywitamy nową serię notek pod nazwą „Tostelnik” – pochodną od słów „Tostek” i
„czytelnik” (chociaż przyznam szczerze, że cały czas kojarzy mi się również „pustelnik”
i strasznie mnie to irytuje). Nazwa może do ambitnych nie należy, ale nie o to
tu chodzi. W nowym cyklu dzielić się będę z Wami opiniami (bo recenzentem nigdy
zbyt dobrym nie byłam) o przeczytanych książkach. Recenzjami ich nazywać nie
będę, bo zdaję sobie sprawę, że do miana „recenzji” z prawdziwego zdarzenia
wiele im brakuje. No to cóż… zaczynamy, nie? Na pierwszy ogień idzie… „Zapomniana
miłość” autorstwa Mileny Malek.
[źródło
opisu: portal lubimyczytac.pl]
„Zapomniana
miłość” to książka autorstwa młodej, niespełna piętnastoletniej dziewczyny
wydana nakładem wydawnictwa Novae Res. Ci z Was, którzy śledzą mojego twittera,
albo śledzili poprzedniego bloga wiedzą zapewne, że po „zrecenzowaniu” książki „Listy
od Nikogo” Katarzyny Ostróżki potrzebowałam dłuższego czasu, żeby podreperować
swój zryty beret i miałam nadzieję, że nic równie okropnego mi nigdy w ręce nie
wpadnie. Niestety „Zapomnianą Miłośc” mogę spokojnie zaliczyć do grona książek
typu „Tostek płakał, jak czytał”. Płakał, niestety nie ze wzruszenia. Raczej z
zażenowania. I choć książka nie była tak tragiczna, jak wcześniej wspomniane „Listy”,
to niestety miałam mieszane uczucia czytając ją.
Melissę,
bo tak właśnie nazywa się główna bohaterka książki (pięknie, kolejna Polka
pragnąca umieścić akcję książki za granicą, to przecież takie oczywiste),
poznajemy w szpitalu, gdy budzi się ze śpiączki, w którą zapadła, ponieważ,
cytuję, „dupnęła o chodnik głową”. Jak? Spadła z dachu. Przecież to, że ktoś
spada z dachu, uderza głową w chodnik i nie umiera jest takie normalne… Nosz
cholera, prędzej spodziewałabym się tego, że odwiedzi mnie Zygmunt Hajzer i
zechce napompować piłkę u mnie w salonie. Chyba, że bohaterka jest główną
postacią nowego filmu z serii „Oszukać przeznaczenie”. My, jako czytelnicy nie
wiemy jednak co skłoniło Melissę do skoku z dachu, i czy przypadkiem ktoś jej
nie pomógł. To pozostaje zagadką niemal do samego końca, co jest z jednym z
nielicznych elementów, które mi się podobały.
Treść
pełna jest nielogicznych zwrotów akcji, zachowań przyjaciół głównej bohaterki
oraz kolokwializmów, które po jakimś czasie zaczęły mnie irytować. Autorka
używała ich tak często, że miałam wrażenie jakbym czytała opowiadanie
dwunastolatka z wyjątkowo wąskim zasobem słów. Pomijając fakt, że męska część „obsady”
ciągle się ze sobą tłukła, Melissa nie widziała nic złego w rozebraniem się
przed chłopakiem, którego na nowo poznała kilka dni wcześniej i nie pamiętała,
czy znała go wcześniej i czy przed wypadkiem ich relacja wyglądała tak, jak jej
to przedstawił. A mogę wam powiedzieć, że jej przyjaciele nie należeli do zbyt
prawdomównych. Jej postać była, nie oszukujmy się, bezdennie głupia,
łatwowierna i irytująca. Była też typową Mary Sue. O zgrozo.
Chciałabym
również skomentować jakoś sytuację, gdy wraz z jednym ze swoich przyjaciół
przebrali się w pieluchy i zaczęli udawać meduzy, ale chyba brak mi słów. Miałam
do czynienia z dwójką dziewiętnastoletnich ludzi, ale przez ich zachowanie
wydawało mi się, jakbym czytała o dzieciach siedmioletnich.
Podsumowując,
książka wypadła niesamowicie słabo w moich oczach. Mogłabym usprawiedliwić to
młodym wiekiem autorki i młodzieńczą naiwnością, jeśli chodzi o niektóre
przedstawione w książce sytuacje, ale tego nie zrobię. Dlaczego? Bo uważam, że
jeśli dziewczyna zdecydowała się wydać powieść, doskonale wiedziała co robi i
nie należy usprawiedliwiać jej większych czy mniejszych wpadek.
Pomysł
na historię był całkiem dobry, przyznaję, niestety z wykonaniem poszło o wiele
gorzej.